Kolejna wizyta 12 sierpnia, pierwszy dotyk, pierwsza nasza rehabilitacja – głaszczę mu plecy, trzymam za maleńką rączkę. Szepczę nie wiedząc, czy słyszy… Jasiu… czekam na Ciebie.

Rozmowa z lekarką przytapia: „nie radzi sobie z samodzielnym oddechem, wyłącza się po kilku godzinach, proszę Państwa myślę, że tu się nic nie zmieni, uszkodzenia w mózgu, trzeba zrobić tracheotomię, zorganizować sprzęt do wentylacji domowej itp. itd….” Czuję jak niewidzialna pętla zaciska mnie i sama tracę oddech. Ostatnim wysiłkiem nie daję zgody na operację, targuję czas Bogu na działanie. Wysyłam informację gdzie się da, szukając tych, co się modlą, że potrzeba cudu, żeby Jaś sam oddychał.

Każdy mój oddech łączę z Jego, w myślach oddycham razem z Nim, w mojej głowie oddech, w mojej modlitwie oddech… Jasiu oddychamy.

Walczę sama ze sobą stając się ekspertem od tracheo, oswajam strach, rozmawiam z innymi rodzicami.

Jasiu oddychamy.

I Jasiu oddycha, sam, od 13 sierpnia rano. Oddycha samodzielnie już kilka dni, a każdy dzień to nowy szczyt. Powoli stajemy się taternikami, takimi mazurskimi, na naszych własnych garbach.

Autor: Ula Podurgiel 23:02