Ostatnią butelką przywiezioną z wakacji, którą otworzyłam była chorwacka brudna oliwa kupiona na targu. Nie ta włoska kupiona w ekskluzywnym sklepie. Nie wino wypite dawano z przyjaciółmi. Oliwa od dziadka, którego uśmiech i spojrzenie pamiętam. Tak jakby w oliwie tej zamknięte było rozumienie drobiazgów nadających sens codzienności. Praca włożona w jej wytłoczenie, osoby, które mu towarzyszyły. Wlewając tę oliwę do zapiekanej wegańskiej pasty wyobrażam sobie drobne ich gesty, zainteresowanie, troskę, miłość, rozmowę, bliską obecność. Odnajduję i zniecierpliwienie, złość. Wlewam tę oliwę komponując z przyprawami, które mają wyrazić pełnię. Tymianek dla wytrwałości w nużących czynnościach, garam masala dla inspiracji i kreatywności, imbir dla rozgrzania i bliskości. Mieszam myśląc i marząc o tym, że to jest dokładnie to czym chciałabym wypełnić swoje życie, swoją codzienność. Zaklinam warzywną mieszankę, czaruję. To nie potrawa na głód, to potrawa na spełnienie. Zaglądam do pasty i widzę przyszłość. Wybrałam ją. Odpędzam myśli, że może mi się nie udać. Wyjmuję z szafki pokrzywę. Tę parzę na odwagę i na siłę. Doskonałe połączenie.

Ja testuję pastę, Marta testuje mnie. „Mamo pokaż przywitanie słońca”.
Zainteresowanie: „Gdzie o tym słyszałaś?”
Gest: „Choć Cię nauczę”.
Troska: „Dasz radę?”
Rozmowa: opowiadam o jodze, pytam co jej jeszcze opowiedział Dominik.
Bliska obecność: czekam, aż ona skończy nasycona potrzebą, choć we mnie pojawia się zniecierpliwienie.
Miłość: spełniona pobiegła schodami na górę, dzisiaj miała na imię Marta.

ps. pastę będzie mógł zjeść każdy kto mnie jutro spotka, a zdjęcie nie chciało załadować się we wpisie, będzie na fb za to.