Kupiona w biegu, w międzyczasie, przypadkiem… to na stacji benzynowej, to w cukierni na dole, rzadko zaplanowana, rzadko w towarzystwie… kradziona chwila normalności. Stała się dla mnie jakimś znakiem, jakimś mglistym przypomnieniem, że jest ok, że wszystko w normie, że nie ma końca świata, że nic nie spadło na głowę. Parę łyków zapomnienia lub parę łyków przypomnienia, że Jasiek nie zamknął drzwi do szczęścia, że latte pije jeszcze Piotrek, Krzysiek podwójne espresso, Adam czarną parzoną, drugi Adam miesza ją z rozpuszczalną, Maciek jest miłośnikiem maślanki, a u dziewczyn króluje różnorodność, im więcej herbat tym lepiej, choć niezmiennie ich królową jest zielona z opuncją figową.

Z kubka dobrych wieści:

- Jaś coraz lepiej łyka, miewa dni, kiedy ssak jest używany rzadko;

- EEG nie tylko nie wykazało napadów, ale było  w normie, jak u zdrowego dziecka;

- 1, 5 miesiąca jesteśmy w domu, bez szpitali, bez infekcji;

- Jaś dobrze reaguje na rehabilitacje, mimo, że ciągle buczy podczas ćwiczeń i jej nie lubi robi postępy, potrafi pięknie, prawie wzorcowo leżeć na brzuchu;

Z kubka niepewności:

- komory się poszerzyły w ciągu miesiąca o 2 – 3 mm, ale nie ma to do końca znamion wodogłowia, ciemiączko szybko zarasta i nie wiadomo jak długo da się robić USG, zaczynamy myśleć o rezonansie;

- nie wiadomo co ze wzrokiem, a patrzenie Jasia ma wiele do życzenia, za rzadko zatrzymuje wzrok i się skupia, reaguje na światło, ale nie tak gwałtownie jak by się chciało, badanie na początku stycznia;

- nie wiadomo co ze słuchem, badanie jutro;

- nie wiadomo, czy nauczy się sam jeść, wyzwanie na kilka tygodni… miesięcy…

Razem z każdym łykiem latte rzucam dobre kamienie i myśli, gdzieś w mgłę, gęsty puch niewiadomych. Moje latte lubi podwójne espresso.