Wystartowaliśmy konferencyjnie z lekkimi szarpnięciami, ale ciekawie. Edukacja dzieci i metody terapii dotykiem według Swietłany Masgutowej. Już w trakcie spotkania mrugnęłam do dziewczyn z mojego biura, że chyba wprowadzę kolejną innowację i na dzień dobry je przytulę. Miny miały jakieś niewyraźne. Nie wiem dlaczego. Zawsze w końcu wita się tak ze wszystkimi Karol, któremu w duchu obiecałam przestać marudzić, gdy odrywa mnie od spraw ważnych i ważniejszych.
Zainspirowana, po powrocie do domu zawołałam dzieci oznajmiając, że muszę coś sprawdzić. Nie wiedziałam, czy oddają przytulanie. Tymek mnie zakleszczył, Marcie 7 sekund nie wystarczyło, a Marysia przy okazji wylała wszystkie żale i oznajmiła, że się nie naładowała. Jasiek przytulenia nie oddał, za to przestał się spinać, a po zakończeniu rozwył informując, że jemu też mało. Trochę się zestresowałam. Głęboki, ciepły dotyk chwilę potrenowany na warsztatach rozbudził mój głód i tęsknotę, a tu spora gromadka do nakarmienia. Należałoby konkretnie 30 razy po minimum 7 sekund, żeby nakarmić mózg. 120 razy dziennie, 840 sekund, 14 minut? Hmm… niezły interes. Musimy tylko potrenować, przytulenie to nie wieszanie, nie zwłoki w ramionach, nie kleszczowanie, ani przytykanie. No i przytulanie to nie wszystkie możliwości dotyku.

Od 2 miesięcy poszerzam granice własnego ciała to na jodze, to na treningu. Dużo stresu, więc ma być mocniejsze. Nie pomyślałam, że będzie mocniejsze, gdy ktoś mnie dotknie. Dobrym, mocnym dotykiem, który przywraca wszystko na swoje miejsce. Klaruję przepis nie tylko na rozwój Jasia, ale i przy okazji na rozwój własnej równowagi. Nie przestaję kreować, marzyć. Tyle mogę nie ryzykując zawodu. Kolejna inspiracja bardzo prostej i ciekawej metody terapeutycznej. Nie tylko dla dzieci.

http://masgu.com/index.php/pl/