Od kilku dni czuję krążącego we krwi wirusa. We krwi, mięśniach, kościach i innych wszelkich komórkach i narządach odpowiadających za instynkt przeżycia. Dobiera mi się do umysłu drążąc jamę czarną i przepastną. Ulegam na dwa dni, trzeciego zalewam go wódką z colą, czwartego zmuszam się do wyprawy, piątego zmuszam się do pracy i pakuję się z powrotem na orbitreka. Zabijam ciało 9 – cioma kilometrami próbując ożywić ducha, który ostatecznie i tak kona w wannie, razem z ciałem. Choroba wojowników, nadwrażliwców, syndrom stresu pourazowego, nieumiejętność odpoczywania.

Janio jedzie na ten czas do babci. Mijają dwa dni zanim przestaję nasłuchiwać i organizować w głowie opiekę, gdy chcę wyjść z domu. Zabawne i straszne jednocześnie. Tacy odrębni a tak spleceni. Do śmierci. Zabierając go do domu kolejny raz rozważam absurd jego przewożenia. Nie mogę go zapiąć w pasy przez spastykę i nieodpowiedni fotelik. Po kilku kilometrach odpinam sama pasy, by absurdu nie pogłębiać i napluć na to państwo mimo, że nikt nie widzi, a może właśnie dlatego. Ja rozbawiona, on zły, słuchamy muzyki i choć niekoniecznie pogodzeni w jej gatunku docieramy do Ełku. Jeszcze tylko kilkanaście kilogramów na trzecie kamieniczne piętro i znowu zabiję ciało 9 – cioma kilometrami biegu , i skonam w wannie z winem i książką.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC