Zaczęło się jakoś nie tak. Za wcześnie, jak nigdy odeszły nagle wody i to „inaczej” niepokoiło najbardziej. 25 lipca, po 8 rano jestem już w szpitalu. Oddział położniczy i czekanie. Może samo się ruszy. Czekam do 16.00 czytając w między czasie biografię Frediego Mercurego. KTG ok, tętno ok. Komunikuję położnej swój niepokój, że niepokoi mnie wielkość dziecka, że mam paskudną historię, że jest no jakoś „inaczej” niż zwykle… komunikuję, że źle znoszę oksytocynę… ale nie mam zaświadczenia lekarskiego na kobiecą intuicję, brak stempelka. Nie ma powodów, by zmienić procedurę. Ginę w statystykach kobiecej niepoczytalności przy porodach.

O 16.00 oksytocyna i akcja zaczyna się rozkręcać, trochę spaceruję, medytuję ucisk napędzając pozytywne myślenie o końcu i spotkaniu. Skurcze coraz silniejsze… za szybko… za nagle. Przed kolejnym KTG niekończący się skurcz i słabnę, zaczynam tracić przytomność… słyszę wołania położnych: „nie mogę złapać tętna dziecka….”.

Pamiętam zamieszanie, pamiętam krzyki, pamiętam słowa o braku tętna, pamiętam moją ostatnią modlitwę w niezrozumiałym dla mnie języku zanim anestezjolog zabrał mi świadomość…, i pamiętam ciszę i smutek po moim wybudzeniu. Nikt nic nie chce mówić, każą czekać na lekarza, w końcu informacja: „ dziecko urodziło się bez oznak życia, 0 apgar , reanimowaliśmy, przywróciliśmy tętno, ale odruchy bardzo słabe, czekamy na transport do Olsztyna, bo tutaj nic nie możemy zrobić…”

Synek…. pytają, czy ochrzcić, wyduszam, że tak – JAN