Gdy za długo zwlekam uciekają mi myśli. Najpierw wydaje mi się, że nie ma czego pisać, potem stwierdzam „co za dużo to nie zdrowo”, następnie przechodzę to etapu „jutro poćwiczę” a na koniec zastanawiam się „to co ja miałam zrobić”?
Co ja miałam napisać? Ma na imię Jaś… i wszędzie go pełno… Warszawę odwiedził jednak tylko z poziomu ciemnego korytarza poczekalni w Centrum Zdrowia Dziecka. Oględziny płuc, trochę rozmów o infekcjach, trochę zmian w inhalacjach, żadnego cudu, ALE
miesięczną przerwę w chorobie udało nam się zaliczyć. Dowiedziałam się również o asystorze kaszlu i się rozmarzyłam: Jaś przez chwilę bez wydzielin za jedyne 20 tysięcy. Głowa pracuje, ale najpierw łazienka, bo choć Jaś rośnie słabo to w wanienkę plastikową się nie mieści.

W czerwcu oddział gastrologii i może PEG na lepsze przyswajanie i ponoć łatwiejsze karmienie. Rodzice podzieleni w emocjach do czerwoności, a my po prostu musimy coś wybrać. Jasiowego SWOTA robię co chwilę. Całkiem przyzwoite narzędzie na tę okoliczność,
choć znienawidzone w pracy.

Nastawiona na wielomiesięczne czekanie z przyjemnością otworzyłam kopertę z KRS Fundacji „Kocham Jaśka”. Spokojnie, wiedząc, co mnie czeka w Stowarzyszeniu do zrobienia, snuję plany co będzie do zrobienia w Fundacji. Przede wszystkim ełckie dzieci. Kolejni rodzice walczą, kolejni potrzebują setek tysięcy złotych. Zawsze chciałam być filantropem i jestem, choć w bardzo mikro skali.

Gdyby Jaś chciał to by usiadł. Nie chce. Tak jakoś pasuje do ramion Tomka, zawsze w nich się uspokaja i zasypia. Mnie nigdy nie udaje się go tak ułożyć. Po co siadać, gdy można się oprzeć i wtulić. Ponad 2 lata temu pamiętam słowa przyszłego ojca „niepełnosprawności bym nie zniósł”. Ponad 2 lata później ten sam ojciec siedzi z Jasiem w ramionach szepcząc czułości. Jaśki się rodzą… by… to już było i będzie… by kochać… w każdym poście.