Tydzień w domu minął szybko. Izoluję Jasia ile się da. Zwłaszcza, że zaczęły chorować pozostałe dzieci i trochę ja…. tego nie przewidziałam. Czyli kolejna sytuacja na którą nie mam zupełnie wpływu, a strach nie wnosi nic konstruktywnego. Tak czy siak nie ruszamy się z domu, „werandując” się przez okno, unikamy ludzi i rehabilitujemy się w domu. Prywatnie, bo NFZ nie kwalifikuje nas na wizyty domowe. Mimo kosztów taka rehabilitacja jest o niebo przyjemniejsza niż wizyty w Ośrodku, który się mieści w szpitalu. Jaś wydaje się również woleć dom, nie demonstrując mocno swojej dystonii (drżeń) podczas ćwiczeń. Dostajemy również prace domowe oraz zaczynamy pierwszą fazę Vojty na poprawę układu oddechowego. Nieustannie jestem pod wrażeniem tego, że uczymy Jasia wszystkiego od początku. Wyprostowywać rączki tak, żeby mogły sięgać po zabawkę, dotykać własnych ust, panować nad głową. Przykre to dla mnie czasem. Z trudem patrzę czasem na naturalną sprawność innych dzieci. Jaś czasem dławi się własną śliną mimo starannego odsysania, ulewa mimo leków na refluks. Bezradność.

 

Ja nie mogę się odnaleźć. Depresja galopująca, czyli teorię swego stanu psychicznego, tego jak powinien wyglądać mam w paluszku, ale praktyka jest daleka od mnie. Wszystko widzę w czarnych barwach. Walczę sama ze sobą, ze swoją niemożnością, brakiem sił, nie akceptacją, a w efekcie pozbawiam siebie jeszcze bardziej życia. Rozmawiam przez telefon z pastorem od babtystów, którego córeczka – Nina, również stała się dzieckiem wysokiego ryzyka. Skrajny wcześniak, wylewy III stopnia do mózgu. Ciągle są w szpitalu. Grzesiek daje świadectwo. Uświadamia mnie, że walka toczy się o wiarę. Opowiada mi, że nie ufa lekarzom, pielęgniarkom, ale… przecież Bogu może zaufać. Jeżeli ufa Bogu to życie Niny może Mu powierzyć i robi to każdego dnia. Ufa. Cokolwiek się wydarzy, jakikolwiek spotka ich scenariusz ufa, że jest to Boże prowadzenie, które ostatecznie doprowadzi do dobra. Sycę się jego słowami i każdego dnia powtarzam akt zawierzenia, który jest dla mnie jak wyzwanie. Wyobrażam sobie Boga jako Miłującego Ojca, jako kogoś komu mogę zawierzyć i oddaję Mu Jasia. Nieustannie tocząc bój ze swoja wątpiącą naturą staję przed Jezusem i Mu mówię jak się czuję, jak w mroku mało we mnie wiary, ale mam wolę i z tych okruchów niech rozmnoży tyle chleba ile potrzeba. Oddaję Jasia Jemu, bo tylko Jemu mogę zaufać zupełnie.

Autor: Ula Podurgiel 21:20