Bycie mamą Jasia, po wcześniejszym doświadczeniu macierzyństwa zdrowych dzieci jest dla mnie najtrudniejszą rzeczą jaką do tej pory przeżyłam. Zbyt dużo rzeczy wbrew naturze, które okaleczają nas nawzajem. Rana ciągle otwarta, a ból powraca falami, które wyrzucają czasem na brzeg to co powinno w końcu zatonąć.

Mam wrażenie, że muszę się zgodzić w przypadku Jasia na coś, co dzieje się zazwyczaj, gdy dzieci zaczynają decydować o sobie dorastając.

<!–[if gte mso 10]> <!–>Muszę pozwolić żyć Jasiowi własnym życiem. Pozwolić mu na podejmowanie decyzji. Pozwolić na walkę bądź nie. To nie tylko moja sprawa i Pana Boga. To też sprawa między Nim a Jasiem, a może przede wszystkim między nimi. Tak bardzo czuję się z nim jednością, że czasem duszę się sama w tym, czego nie akceptuję i gubię z oczu zwykłą miłość. Sprawiam, że Jaś staje się dla mnie klatką zamiast towarzyszem. On i ja. Muszę przypominać sobie kim jestem, żeby nie zatracić się i nie dać zamknąć w żalu. Oddzielić siebie, żeby być dla Niego tak jak trzeba, żeby być też dla innych dzieci, przyjaciół. Tylko tak osiągniemy najwięcej, będąc wzajemnym darem, nie uciemiężeniem.

Po kolejnych, tym razem 12 dniach w szpitalu czuję się zagubiona w domu. Staram się nie dać opanować strachowi, że za chwilę ponownie przywita nas oddział pediatryczny.

Jaś ma coraz lepsze oczy, potrafi wodzić za zabawką. Widać reakcję na grzechotkę, choć nie potrafi skoordynować ciała i ją znaleźć. No i Jaś chyba zacznie od ssania jednak nie łykania. Potrafi przez kilkadziesiąt sekund pięknie ssać palec. Klasyczne, wzorcowe ssanie, z właściwym napięciem. Niestety szybko się męczy. Koordynacja ssania z oddychaniem nie jest jego mocną stroną. Ciągle za dużo wydzieliny, która dodatkowo przeszkadza.

Podobno ci co wierzą spełniają swoje marzenia.

ps. eeg wykluczyło padaczkę :)

Autor: Ula Podurgiel 21:46